sobota, 21 października 2017

Czółgół, włóczno i tchónia

Mój młodszy potomek, który przez dwa ostatnie tygodnie siedział w domu pokonany przez wirusowy atak zakończony zapaleniem płuc, zdążył w międzyczasie rozwiązać zadanie z dodatkowej książki dokupionej mu w celu doskonalenia umiejętności ortograficznych.


Niestety, autorzy zadaia nie wykazali się pewną, przewidywalną logiką (mam na myśli kolor sylab). Ale latorośl poszła dalej w swoejej logice i dzięki temu powstały nowe wyrazy, brzmiące soczyście i jakby znajomo.


Czółgół.
Włóczno.
Tchónia.






Rośnie nam mistrz scrabble.
;-))

sobota, 30 września 2017

Anioł nie pies, czyli pies który jeździ koleją

Autor: Roman Pisarski
Tytuł: "O psie, który jeździł koleją"
Ilustracje: Ewa Bogucka-Pudlis
Wydawnictwo: KAMA
Miejsce i rok wydania: Warszawa 1995. Wydanie III
Liczba stron: 56


Lektura dla klasy III szkoły podstawowej

Chyba (co znaczy właściwie na pewno) z wiekiem stałam się bardziej podatna na wzruszenie. Dzieje się to nagle: gula staje w gardle, z oczu lecą trudne do powstrzymania łzy. Tak też było przy czytaniu książki "O psie, który jeździł koleją".

Chciałam sobie przypomnieć o czym była ta lektura, ponieważ jak przez mgłę pamiętam "jakieś" przygody "jakiegoś" podróżującego psa. Prawdopodobnie było to jednak "Lassie, wróć", ale bardzo możliwe, że kiedyś jednak czytałam dzieło Pisarskiego, bo w pamięci znalazłam ślad z ostatniej strony - o pomniku postawionym psu.

Historia opowiedziana przez Romana Pisarkiego trąci nieco myszką, jeśli chodzi o czasy w niej przedstawione, ale myślę, że to BARDZO DOBRZE, że mimo wszystko nadal mogą ją poznać dzieci w szkole. Może dzięki temu pozostanie w nich jak najdłużej uczucie szacunku, wrażliwości i podziwu dla zwierząt. Z wiekiem bowiem tracą dziecięcą niewinność, umiejętność współodczuwania, a czasem też i elementarane cząstki humanitaryzmu i przyzwoitości, co w efekcie kończy się zdjęciami odartych ze skóry psów, podpalonych, ufarbowanych kotów, zagłodzonych i zamęczonych koni, porzuconych w lesi i na poboczu drogi zwierząt. I niestety czasem sprawcami takiego bestialstwa są nawet dzieci, bo o dorosłych już nie wspomnę.
Opowiadanie o psie, Lampo, który jeździł koleją jest dla mnie dowodem na to, że anioły istnieją. Otóż zwierzę, które zjawiło się znikąd, a następnie podróżowało sobie po Włoszech, by powrócić do miasteczka Marittima, a powraca po to, by uratować córeczkę zawiadowcy stacji spod kół najeżdzającego pociągu, bezdyskusyjnie jest świadectwem anielskiej obecności pod postacią psa. Udało mu się wrócić do Marittimy nawet wtedy, gdy jego opiekun zmuszony był zaaranżować jego odwiezienie aż na Sycylię.
Jestem o tym przekonana.
Dlaczego?
A dlatego, że w międzyczasie "uporałam" się z inną książką, którą poleciła mi przeczytać Mama. Nosi ona tytuł "Anioły - Tajemniczy posłańcy". Zachęcona i zaciekawiona opowiedzianymi w niej historiami i tematem, po przeprowadzeniu kilku dyskusji z osobami, które również (bardziej) wierzą w sferę niematerialną, robiąc kolejne zamówienie książek przez internet, znalazłam spośród kilku tytułów wymienionych w "Aniołach..." jedną ksiażkę i dotyczy ona właśnie psów. Mam nadzieję wkrótce się z nią zapoznać.
Postaram się podzielić swoimi wrażeniami tutaj. Piszę postaram, ponieważ nowy rok szkolny mocno daje mi w kość.

A na koniec mała dygresja. Przy okazji czytania książki kolejność zadawania pytań jest odwrotna: zwykle to ja pytam Większego jak mu się podobała przeczytana książka. Tym razem, to on widząc, że czytam zapytał mnie o moje wrażenia. :-)


Wpis bierze udział w wyzwaniach:
- "Gra w kolory III (2017)" u Magdalenardo na blogu "Moje czytanie";
- "W 200 książek dookoła świata - 2017".


P.S. Przepraszam za brak aktualizacji wpisów na stronie wyzwania "W 200 książek dookoła świata - 2017". Obiecuję się poprawić!

środa, 20 września 2017

Z życia rodziny

Słusznym zdaje się pomysł (o którym słyszałam w lokalnym radio w pierwszym tygodniu roku szkolnego), by oskarżyć Ministra Edukacji i zaskarżyć do Rzecznika Praw Dziecka i Rodziny (ktokolwiek istnieje) program szkolny, który zadaje dzieciom prace domowe w takiej ilości i formie, że życie rodzinne skupia się li tylko przy stole nad książkami i zeszytami. Gwałci to prawo rodziców i dzieci do wypoczynku,  zabawy i spędzania czasu w sposób budujący Dobre Relacje i wzajemny szacunek. Matki - rotwaillery i ojcowie-labradory, lub odwrotnie, uczą się z dziećmi. Wracają mentalnie do szkoły, lecz emocjonalnie do niej nie dorastają. Już.

Na osłodę cierpkich przemyśleń akcent z życia małżeńskiego oczami drugoklasisty. Rodzina szykuje się do wyjazdu na jubileusz Babci Pra.

- Dlaczego my się ciągle spóźniamy?
- Ale kiedy się spóźniliśmy ostatnio,  no kiedy? - matka próbuje zachować twarz i pozory autorytetu towarzysko-bontonowego.
- Ciągle gdzieś się spóźniamy.
Argument jest twardy i nie do zbicia.
- Ale kiedy i gdzie, powiedz mi proszę.
- Ciągle. Bo wy siedzicie na górze, w wannie i się seksujecie.

Kurtyna.



czwartek, 31 sierpnia 2017

Angielska prowincja w amerykańskim duchu

Autor: Barbara J. Zitwer
Tytuł: "Klub kąpielowy angielskich dam"
Tłumaczenie: Anna Rogulska
Wydawnictwo: Znak Literanova
Miejsce i rok wydania: Kraków 2013, wydanie I
Liczba stron: 378





Można typowy, dość schematyczny i ograny pomysł na opowieść o młodej, dobrze zapowiadającej się, rozczarowanej związkiem, zdradzonej, zrezygnowanej swoją pozycją zawodową po latach pracy (itp. itd. lista wyboru jest obszerna) kobiecie wykorzystać w całkiem interesujący sposób.
Można mu dodać drugiego książkowego dna. Książkowego, architektonicznego, marketingowego, emocjonalnego. Na tle zakurzonego już mocno, ale jak czuję eksploatowanego non stop tematu powołanego do życia w osobie Bridget Jones (czuję to podskórnie, ponieważ od czasów pamiętników Bridget J. i "Terenu prywatnego" B. Kosmowskiej nie wkraczam w te, niemoje, rewiry), propozycja Barbary Zitwer jest świeża jak bułeczka z wiejskiej piekarni. Dużo tłumaczy oryginalny tytuł: "The J .M. Barrie Ladies' Swimming Society".

Motyw J. M. Barriego, dobrze zapowiadający się na początku, przedstawiła moim zdaniem dość pobieżnie, choć momentami dotykając różnych fragmentów jego życia. Amerykanka Joey Rubin, niemłoda, niestara architekt dostaje od losu szansę na poprowadzenie renowacji rezydencji Stanway House, w której kiedyś mieszkał i tworzył pisarz. Jest wielką miłośniczką "Piotrusia Pana" i projekt jest jej oczkiem w głowie. Na tym konotacje literaturowe niemal się kończą, ale tło jest na tyle interesująco zarysowane (w tym opisy przyrody i pejzaży), że zachęca do dalszych, głębszych poszukiwań (na przykład mnie).
Z czasem jednak ciężar narracji przenosi się na inne sprawy - a to zaniedbanej przyjaźni bohaterki, a to na zauroczenie i odwzajemnione uczucie do zarządcy majątku, a to na złe uczucia jego teściowej, która nie może się przez 9 lat pogodzić ze śmiercią córki, i przede wszystkim na fascynujące relacje dam, z tytułowego klubu kąpielowego. Tutaj dopiero mamy prawdziwy róg obfitości! Podsumować go mogę parafrazą zdania, które wyczytałam swego czasu w innej powieści: "Jestem w takim wieku, że mogę mówić co myślę".


Mam wrażenie, że Barbara J. Zitwer odwróciła misternie tkaną, nieźle pomyślaną materię na lewą stronę i powiedziała: patrzcie, tu słabo się trzyma, tu grubymi nićmi szyte, tu zacerowane a tam wypalona maleńka dziura w pięknym fragmencie.  Mamy i polskie akcenty - kosmetyczka, którą wspomina Joey przy okazji wtajemniczania nastolatki w niepoznane dotąd arkana kosmetyków kolorowych, wspominana z racji swoich wschodnioeuropejskich sposobów na piękną cerę, którymi Joey dzieli się z córką zarządcy (uff epitet "wschodnioeuropejski" urasta w fabule do rangi nieomal południoeoazjatyckich sztuczek kosmetycznych). I ceramika, którą wychwala jedna z dam klubu, ocalała z obozu koncentracyjnego w Auschwitz, przy okazji picia rosołu ... (KLIK).
Tu mnie ujęła autorka, ponieważ po wakacjach na Kaszubach, zakończonych wizytą i pokazem w Chmielnie, mam słabość do miejsc z duszą i takich przedmiotów.
oto i wakacyjnych podróży efekt
"Klub kąpielowy angielskich dam" kończy się dobrze, ale bez euforii, a wręcz z dziwnym poczuciem niepełności. Być może wynika to z tego, że ludzie z urządzonym życiem nie tak łatwo je zmieniają.


Wpis bierze udział w wyzwaniach:
- "Gra w kolory III (2017)" na blogu Magdalenardo "Moje czytanie";
- "W 200 książek dookoła świata - 2017".




P.S. Chyba więcej o mnie i co u mnie dowiecie się z tych wpisów mówiących o książkach, które tu się pojawiają. Jakoś nie mam weny na posty czysto osobiste.

piątek, 25 sierpnia 2017

"Rozmowy o dzieciństwie. Raz dwa trzy za siebie!"

Autor: Joanna Rolińska
Tytuł: "Rozmowy o dzieciństwie. Raz dwa trzy za siebie!"
Pocztówki zamieszczone w książce pochodzą ze zbiorów Małgorzaty Baranowskiej
Wydawnictwo: G+J Gruner + Jahr Polska Sp. z o.o.
Miejsce i rok wydania: Warszawa 2013. Wydanie I.
Liczba stron: 192
Mój nieuleczalny nałóg kupowania książek gdzie się da owocuje czasem w ciekawy sposób. Oto wykopana z supermarketowego kosza bardzo interesująca pozycja za niecałe 7 złotych polskich (6,99). Można poczuć niedosyt długością niektórych rozmów, szczególnie dwóch ostatnich z Bohdanem Butenką i Małgorzatą Baranowską, które znajdują się w części zwanej "Apendix", ale stanowczo nie zgodzę się z opinią pewnej z czytelniczek (LC), że "autorka się nie sprawdza, zmieniając z niezrozumiałego powodu temat, skracając wypowiedź".

Co więcej mogłyby o swoim dzieciństwie opowiedzieć te osoby, czego jeszcze moglibyśmy się o nich dowiedzieć, jakie pytania miałyby paść? Myślę, że to, co zostało niedopowiedziane można sobie doczytać i dopatrzeć w ich dziełach. Tu może być skryta reszta tajemnicy ich życia, dzieciństwa, marzeń i wszystkiego, co dla nich ważne. Czy wszystko trzeba od razu wyłożyć? Czy da się to zrobić...?
Rację ma Joanna Olech, która o książce wypowiedziała się następująco:
"Od tej lektury ciarki chodzą po plecach - uświadamiamy sobie dotkliwie, jak bardzo pierwsze dziesięć lat formuje nas na resztę życia."
Układ książki jest tak zaplanowany, że na końcu każdej rozmowy otrzymujemy krótką notkę biograficzną, a w niej, niektóre tytuły dzieł rozmówców. Tu, i wśród tytułów padających w wywiadzie, należy szukać odpowiedzi na niezadane pytania, tym bardziej, że są pytania które już nie padną i odpowiedzi, których już nie usłyszymy.
Smutnym zbiegiem okoliczności było, że w czasie kiedy książka leżała przy moim łóżku, odeszła od nas jedna z rozmówczyń, Wanda Chotomska. Tak książka staje się niemym świadkiem przemijania.

Zatem kogo tu jeszcze mamy? Józef Hen, Józef Wilkoń, który opowiada dużo o zwierzętach (wilkach, koniach, zającach), ale także o ukrywaniu Żydów przez rodziców i o marzeniach jakie nadal ma, Marek Nowakowski, Janusz Szuber, Zbigniew Mentzel, opowieści Joanny Papuzińskiej, które w niezwykły sposób uzupełniają historię powstania moich i Większego K. ulubionych "Rozwesołków", zaskakujące (nieznane mi w szczegółach) dzieciństwo Joanny Szczepkowskiej, córkę Gwidona Agatę Miklaszewską, z młodszego pokolenia: Anna Piwkowska, Maurycy Gomulicki i Sylwia Chutnik, na której przykładzie widać ogromną różnicę w języku, jakim wypowiadają się "starzy" i młodzi twórcy. Nieuchronnie rozmowy te schodzą na temat książek, które będąc dzieckiem rozmówcy czytali.

"Rozmowy o dzieciństwie" to takie swoiste uzupełnienie do TEJ pozycji, z tą różnicą, że w bieżącej głównymi bohaterami są osoby piszące i ilustrujące, a tematem rozmów ich zabawy i wspomnienia związane z dzieciństwem, tam zaś głównym tematem są książki. Powiem nawet, że kiedy Świerżewska i Mikołajewski "męczą o książki ", tu rozmowa toczy się lekko swobodnie, a u rozmówczyni wyczuwa się "znajomość" partnera.
Stąd dla mnie "Rozmowy o dzieciństwie" są esencją i wskazówką, do których drzwi zapukać i u kogo szukać przejścia na lepszą, piękniejszą stronę życia.


Wpis bierze udział w wyzwaniach:
- "Gra w kolory (III) 2017" na blogu Magdalenardo "Moje czytanie";









Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...