sobota, 17 lutego 2018

Anna Świrszczyńska "Jak myszy zjadły Popiela"

Autor: Anna Świrszczynska
Tytuł: "Z dawnej Polski. Jak myszy zjadły Popiela"
Ilustrowal: Marek E. Pietrzak
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Miejsce i rok wydania: Kraków-Wrocław 1986
Liczba stron: 22




Dzieci w szkole w klasach nauczania początkowego poznają dość dużo polskich legend, o czym przekonuję się stale mając dwóch synów podążających za sobą szkolną ścieżką w odstępie dwóch lat. Jednakowoż są to odmienne ścieżki, czytaj: wg. prowadzą do innego wyboru lektur.
Przyszła też w swoim czasie pora na legendę o Popielu. Tu mogłam zabłysnąć książką pochodzącą z dzieciństwa mojego i Brata. Może nieatrakcyjna wizualnie, ale wierna tradycyjnemu przekazowi. Bez śmichów-chichów, na poważnie. Napisana wierszem nieregularnym, przeciętnie 6-9 zgłoskowym.


Powróciwszy lekurą do Mysiej Wieży zastanawiałam się nawet ostatnio czy byłam w Kruszwicy. Chyba tak. Ale pamięć już szwankuje mi nieco i oprócz tego, że Popiel i myszy, to nihuhu fabuły szczegółowo nie kojarzyłam.

Miałam więc całkiem miłą zabawę czytając legendę. No i niestety, przy której stwierdziłam ze smutkiem, że nawet w legendach sięgających najstarszych polskich czasów pobrzmiewają pewne antagonizmy narodowe i sąsiedzkie. Już zatem zanim więc zakrzewiono chrześcijaństwo a lud modlił się pod świętymi dębami do bogów i Swarożyca, miał możność poczuć na własnej skórze, jak to polityka i władza

A żona jego, niemieckich krajów córa,
dumna jest i ponura.
Suknie swe srebrem haftuje
i zioła dziwne gotuje,
i skarny w komorze liczy,
i na służebne swe krzyczy.


w połączeniu ze skrzywionym charakterem i złą naturą księcia Popiela, bo

... sroga w Popielu dusza,  
poddanych los go nie wzrusza.

daje im się bezpośrednio we znaki rabunkową gospodarką i niechcianymi kontyngentami dla władzy w postaci owiec, miodu, cennych futer, porywaniem dzieci i młodzieży.

Lud umęczony modli się zatem, by któryś z dwunastu zacnych stryjów objął panowanie. Modły dochodzą do despoty, który za namową równie złej i przewrotnej małżonki zaprasza stryjów na ugodową ucztę, podczas której wszystkich truje... Sprawiedliwość i zemsta przychodzą rychło w postaci myszy.

A jakiej kary można spodziewać się we współczesnych czasach?


Wpis bierze udział w wyzwaniach:
- "2 w 1" na blogu "Moje czytanie" Magdalenardo


- "W 200 książek dookoła świata - 2018".

sobota, 10 lutego 2018

Kabanos czyli parówka

Jazda samochodem to dla mnie chleb codzienny.
Wyższy level wtajemniczenia w moim przypadku to tankowanie na stacji.
Tankowałam auto parę razy samodzielnie (bez obecności małża).
O scence podobnej jak ta, słyszłam kiedyś z ust MNK, który (zważywszy na temperament) był chyba raczej tym drugim w kolejce.. :-)))
Proszę bardzo: w ostatnim tygodniu miałam humor na wielokrotne odtwarzanie tego skeczu:





środa, 7 lutego 2018

O tym jak matka Karolków zorzę polarną oglądała

A było to tak.


Matka Karolków zdążyła zasnąć. Około północy obudził ją ojciec Karolków.
- Chodź, chodź coś zobaczysz.
- Coo tam...
- Chodź.
Zaprowadził matkę do okna. Na północno-wschodnim niebie błyszczała pomarańczowo-różowa zorza. Ostatnio Mały O. opowiadał dużo o tym zjawisku, ponieważ słyszał o tym na lekcjach w szkole, szukali razem w internecie informacji czy zorzę można oglądać w Polsce.
Ale Mały O. spał już od dawna głębokim snem, więc nie było z kim skonsultować tego co widziała. Na prawie bezchmurnym niebie widać było pojedyncze, rozświetlone chmury. Światło promieniowało i zmieniało natężenie.
- To chyba zorza...
- Zorza.
- Albo coś się pali. - Stwierdziła trzeźwo matka. - Ale chyba pół R. musiałoby się palić, żeby był taki widok.
Matka odszukała w telefonie stronę jaką wówczas odnalazła, sprawdziła rokowania, poziom w promieniowania i inne parametry.
Stała przy oknie i obserwowała zjawisko przez niemal godzinę. Myślała o swojej dobrej znajomej, której marzeniem jest zobaczyć taką zorzę: czy też to widziała? W końcu położyła się na łóżku ale tak, by widzieć niebo za oknem. Natężenie światła nieco spadło. Po jakimś czasie matka zasnęła.


Rano podwożąc ojca wspólnie stwierdzili, że jeśli tak samo będzie i tej nocy, to obudzą dzieci, ubiorą się i wyjdą z domu - choćby tylko na górkę i najwyższy punkt na osiedlu - byleby zobaczyć horyzont. Matka skręciła na drogę prowadzącą prosto do ekspresówki. Na zegarze wybiła już siódma i jako pierwszą wiadomość w radiu usłyszała o nocnym wybuchu gazociągu w Murowanej Goślinie.
W linii prostej to 18 kilometrów.


Tak to było...





poniedziałek, 5 lutego 2018

Jest Pani wyjątkowa!


"Jest Pani wyjątkowa".
Co zrobić by usłyszeć te słowa od wysokiego, przystojnego, obcego mężczyzny?!


Trzeba swoje przeżyć...


Dobrze wypuśćmy powierza z tego balona egocentyzmu i doprecyzujmy. Powiedział to mój ulubiony lekarz-okulista. Ulubiony od 2 miesięcy, a dokładnie od momentu, kiedy zdiagnozował u mnie "epidemiczne zapalenie spojówek".
Otóż umówmy się również, że pomimo, że wysoki (lubię wyciągać szyję i poćwiczyć platysmę, wiecie ćwiczenia antyzmarszczkowe), przystojny (no, w typie który może się podobać, tak myślę),  to kluczowym określeniem dla powodzenia i rozwoju naszej dalszej znajomości było: KOMPETENTNY.
Słowo-klucz, słowo-wytrych, słowo-pieszczota na mą starganą chorobą duszę i "zdemolowane" oczy.


Lekarz ów stał się moim ulubionym (jednym z kilku, niewielu) specjalistów od listopada ubiegłego roku. Wtedy to (jak może niektóre/rzy) z Was wiedzą: publiczna służba zdrowia poczęstowała mnie "wirusowym zapaleniem spojówek".


Spotkanie pierwsze.
Miało miejsce po dwóch tygodniach męczarni, kiedy prawe oko wyglądało tak, że tylko w miejscu tęczówki i źrenicy trzymało się gałki a wokół znajdowała się galaretowata masa. Lewe od tygodnia traktowane profilaktycznie też było kiepściutkie.
Zapisałam się na wizytę tydzień wcześniej (wyjątkowo sprawdzając w sieci komentarze o panu doktorze). Zarejestrowałam się przez internet i potwierdziłam, że przybyłam w komputerze, nie u pani-rejestratorki, więc przekroczywszy drzwi gabinetu zostałam poproszona o wylegitymowanie się dowodem:
- Umówmy się, że to Pani - usłyszałam po dzień dobry.
- Mam nadzieję, że po wszystkim będę tak z powrotem wyglądać - zagrałam va banque.


Zrobił mi KOMPLET badań. Wypisał receptę na kolejny lek w kroplach i przeciwirusowy żel do ślep.
- To jest najdroższy lek, który Pani stosuje.
- Tak wiem. To już drugie opakowanie. Jak trzeba będzie to wezmę i kolejne (dla księgowych: tubeczka 5 g 69 zł polskich).
Uwaga: zapytał czy nikt w pracy lub w domu nie uległ zarażeniu.


Na szczęście od samego początku stosowałam wyjątkowy reżim higieniczny (nie przymierzając jak przy owsikach). Codziennie świeża piżama, codzienne pranie poszewek, reczników i pieluszek, które podkładłam sobie pod głowę i pod twarz na poduszkę. W międzyczasie (leczenie trwało 3 tygosdnie) Zużyłam całe opakowanie wacików higienicznych (100 szt.?) i napoczęłam nowe.


Na szczęście nikogo wokół nie zaraziłam.
Tydzień później, na wymaganą kontrolę, niestety nie upolowałam wizyty do Pana Doktora. Udało mi się zarejestrować do zupełnie innego specjalisty. Dobrze, że nie zdążyłam jeszcze wyjść z budynku i cofnęłam się spod drzwi bo: nie dostałam recepty, a do kolejnej kontroli nie wystarczyłoby mi leku. Tego leku.


Ostatnia kontrola była już po powrocie do pracy.
Badanie wyszło idealnie. Żadnych śladów po chorobie, ale dostałam zalecenie by jeszcze przez tydzień stosować krople z przeciwzapalnym składnikiem (steryd).
Na dowidzenia zadałam kluczowe pytanie:
- Panie doktorze, czy mogę już się malować?
- Tak oczywiście, ale musi Pani pozbyć się wszystkich kosmetyków, które pani używała.
- yhm
- Nie oczekuję od kobiet rzeczy niemożliwych.




I spotkanie trzecie.
Tuż przed świętami zauważyłam, że patrząc na komputer rozmazuje mi się obraz. Objaw minął po pierwszym tygodniu stycznia, ale ponieważ wizyta była zaklepana stwierdziłam, że jednak pójdę. Z oczami nie ma żartów. Prawda?


Pan Doktor rozpoznał mnie. Wyspowiadałam się z grzechów i grzeszków przy traktowaniu oczu swych. Głupoty i braku pamięci.
Ponownie zrobił mi komplet badań. Poświecił mocnym światłem.
 - Przepraszam, ale jestem teraz oślepiona - wydukałam przy badaniu drugiego oka.
- Wolę określenie: olśniona.
- Ehe - zarżałam mało subtelnie.
Na koniec wykonał pomiar ciśnienia. Ulala - komputerowo! Bo pamiętałam badanie za pomocą odważników (!) nakładanych na gałkę oczną z czasów około międzyciążowych.  Boższ co za średniowiecze!


I co. Wyszło, że wirusa nie ma, ale zostały jego niesfagocytowane pozostałości. Problemy z widzeniem mogą pojawiać się podczas osłabienia organizmu. Leczenie może potrwać nawet rok. Efekty i skuteczność trudno przewidzieć.
- Taka sytuacja trafia się raz na pięćdziesiąt przypadków.
- Jest pani wyjątkowa.
- Phhh (jajako przykład 5% populacji kobiet urodziłam w wyznaczonym terminie pierwszego potomka, dla mnie nie pierwszyzna być wyjątkową ;-) - pomyślałam...)
- Co w medycynie wcale dobrym nie jest.
- To wiem - pomyślałam.
Trzeba przeżyć.


Ciekawe co ma dla mnie Pan Doktor na następną wizytę kontrolną. To już za tydzień.


;-)))




P.S.
Przy tej okazji dziękuję Margarithes za dobre słowo i Moni Skorpion za wsparcie duchowe oraz merytoryczne wyjaśnienie istoty replikacji wirusów, co przyczyniło się do podtrzymania mnie na duchu, że kiedyś (kiedyś - cholernie długo to trwało) to "gówno się wyczerpie i zginie" ;-)

taki jesienno-zimowy kwiatek











poniedziałek, 29 stycznia 2018

Per Olov Enquist "Góra Trzech Grot"

Autor: Per Olov Enquist
Tytuł: "Góra Trzech Grot"
Ilustracje: Stina Wirsén
Przekład ze szwedzkiego: Barbara Gawryluk
Wydawnictwo: EneDueRabe
Liczba stron: 136



Jak ciepła i prorodzinna atmosfera szwedzkiego luzu wychowawczego (czy taki jest?) prowadzi do osiągnięcia dojrzałości emocjonalnej u dzieci. Bo u dorosłych efekt jest odwrotny. To znaczy dorośli tracą rozsądek z wiekiem i bardziej zaczynają się kierować emocjami zapominając trochę, że u boku mają dzieci/wnuki.



Bo co może zrobić kochający dziadek, kiedy okazuje się, że jego małą wnuczkę ugryzł w pupę krokodyl? Nawet jeśli stało się to tylko we śnie, trzeba temu jakoś zaradzić. Na przykład wziąć na wycieczkę w góry, zorganizować poważną wyprawę i przewidzieć "sytuację awaryjną". 
Tak się składa, że zaczęłam pisać o tej książce w czasie kiedy trwała akcja ratunkowa daleko w Himalajach (Nanga Parbat). 
W dziecięcej skali wyobraźni trudno zrozumieć dlaczego wyprawa w góry może skończyć się tak, że jedna osoba zostaje na górze, a druga wraca.
W wyprawie na Górę Trzech Grot biorą udział: dziadek oraz czwórka wnuków Mina lat 6, Marcus lat 5, młodsza od Marcusa Moa i starsza od Miny Ida (ile może mieć lat - 10, 12?), 17-letni pies Misza i szczenię. Niestety dziadek ulega wypadkowi tuż przed dotarciem do drugiej z grot, po ośmiogodzinnej wędrówce pod górę. W okolicy grasują groźni kłusownicy i pokazuje się niedźwiedź. Na pomoc musi wyruszyć najstarsze z dzieci mając do pomocy psa, a pogoda (jak to w górach) się załamuje.
Ida szła na zupełnie sztywnych nogach. Co chwilę upadała, podrapała sobie ręce. Misza za każdym razem zatrzymywała się, widać było, że się niepokoi. Kiedy Ida upadła i wydawało się, że nie ma siły, żeby się podnieść, Misza zaczęła się trząść. Może ona też była zmęczona. Może bała się, że Ida sobie nie poradzi.
Polizała Idę po twarzy, jakby chciała powiedzieć: "Nie poddawaj się. Kobieta potrafi".
Ale przecież tak nie powiedziała. To Ida pociągnęła nosem, stanęła na chwiejnych nogach i westchnęła:
- Już w porządku Misza. Prowadź.
I szły dalej, coraz wolniej, a przecież wiedziały, że muszą być na miejscu, zanim zrobi się ciemno.
Dotaraie do domu zajęło im sześć godzin. (str. 122)
Gdyby nie ostatnie tragiczne wydarzenia w Himalajach, opowiadanie byłoby dobrym przykładem dla utrwalenia sobie lekcji z IV klasy podstawówki kiedy trzeba wymienić rzeczy, które należy zabrać ze sobą na wyprawę w góry. A tak, jest smutnym przykładem na to, że dorośli nie bywają zbyt odpowiedzialni.

Ale i tak warto przeczytać.





Wpis bierze udział w wyzwaniach:
- "2 w 1" na blogu "Moje czytanie" Magdalenardo,



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...